Szybkosć nie tylko w wyścigach
maj 1, 2008 autor lipton69
Są takie gry, przed którymi siedziałem od kilku do kilkudziesięciu godzin, a nawet więcej. Przechodzę każdy etap, przyglądam się całemu wirtualnemu światu który mnie otacza, odkrywam każdy sekret, by na sam koniec spojrzeć na licznik w grze i stwierdzić że jest to czas godny hardcoreowca. Co jednak, kiedy grę która powinna zostać ukończona w 6-7 godzin, kończymy w dwie? Może w jedną godzinę, albo… w 6 minut! Czy to nie jest hardcore?
Speedrun, bo o nim jest mowa, nie jest niczym nowym. Jeżeli miałbym opisać to pojęcie w jednym zdaniu, byłoby to zatem: przejście gry w jak najkrótszym czasie. Generalnie wszystko jest ok., ale pojęcie „speedrun” jest często dużo bardziej złożone. Oczywiście imponujące przechodzenie gry wyznaczoną drogą, ale w znacznie krótszym czasie od przewidywanego. Jednak najbardziej fascynującym dla mnie aspektem tego typu przechodzenia gier, jest korzystanie z błędów w kodzie lub po prostu wykorzystywaniu metod których twórcy danej pozycji nie przewidzieli. Czy jest to powód do wstydu dla developera? Wątpię. Powód do dumy i prestiżu dla, nazwijmy tak taką osobą, speedrunnera? Jak najbardziej.
Osobiście nigdy nie byłem i raczej nie będę osobą, która zamierza wykonać speedrun. Oczywiście nie jeden czas już pobiłem, ale speedrunem nie nazwiemy time attacka w F-Zero czy w Tekkenie, choć ten drugi można w gruncie rzeczy speedrunem nazwać, wszak kończymy grę od początku do końca. Jak by nie było, to nie jest działka dla mnie. Wolę raczej usiąść w fotelu z padem w rękach i rozkoszować się znakomitą pozycją z której wycisnę wszystko. Tak więc jestem typem achieve huntera, choć maszynki wujka Billa nie posiadam. Jednak zastanawiam się ile czasu trzeba poświęcić, żeby wykonać taki myk? Żeby przejść jakąś grę na szybciora, trzeba ją znać co najmniej na przyzwoitym poziomie no i choć raz ją ukończyć. To nie jest tak, że siadamy do pada, włączamy kamerę lub wideo stojące pod telewizorem i przechodzimy grę w 30 minut. To nie jest bułka z masłem, no chyba że robimy speedrun w pasjansa, choć i to nie byłoby łatwe mając świadomość tych biednych emerytów którzy całymi dniami w to grają i zapewne są w to lepsi nisz Kasparov w szachy. Ośmiele się wręcz powiedzieć że zrobienie speedruna na przyzwoitym poziomie jest o wiele lepsze niż nabicie 999 godzin w którymś z Fajnali.
Najlepsze jak dla mnie są te, które wykorzystują błędy w grze. Przykładem mogą być „dziury” w ścianach dzięki którym zaliczymy etap szybciej nie szwendając się gdzie nie trzeba. Używanie granatów na sobie, które wyrzucą nas tam gdzie my chcemy, a co nie było planowane przez programistów. Tak, wszystko to pomaga speedrunnerom osiągnąć cel. W gruncie rzeczy, jest to jeszcze większe masterowanie gry, niż siedzenie przez wiele godzin i nabijanie kolejnych poziomów. Ci ludzie, pokazują, że grę można przejść na ‘własny sposób’.
Istnieje wiele różnych speedrunów, ale mnie najbardziej podoba się ten z Mario64. Polega on na tym, że aby móc zagrać w ostatnim etapie potrzebne jest 70 gwiazdek, jednak posiadając zaledwie 16 można przejść przez ścianę obok drzwi wykonując odpowiednie ‘ruchy’ Marianem. Tego typu bugi ułatwiają życie tym, którzy ‘szybkość mają we krwi’.